niedziela, 11 maja 2014

Chapter nine

Wstałam około 11, a wszystko przez to że nie wyciszyłam telefonu i dostałam sms'a od Liama "Przyjadę o 13, ubierz się wygodnie, bo nie będziemy się wracać. Liam xoxo". Co to może znaczyć? Gdzie on mnie porywa? Wybrałam jakiś zestaw ciuchów i poszłam wziąć pobudzający prysznic. Nie miałam ochoty się dzisiaj malować jakoś bardzo mocno, dlatego nałożyłam tylko korektor, krem bb, puder i maskarę. Włosy związałam w wysoką kitkę. Wyszłam z łazienki i poszłam zrobić sobie jakieś dobre śniadanie.
-Um... przepraszam a kim ty jesteś? -zapytałam jakąś dziewczynę siedzącą w kuchni
-Jestem Miramia. Twoi rodzice mnie wczoraj zatrudnili, abym dopilnowała, że nie będziesz późno wracała do domu. - odpowiedziała nadal się uśmiechając Miramia, która wyglądała na typową amerykankę około 25 roku życia, była naprawdę młoda, ciekawe czemu nie zatrudnili starszej babci?
-Dali mi niańkę? Przepraszam, ale nie jesteś mi potrzebna.
-Nie wydaje mi się. Uszykować ci śniadanie? - jak ja nienawidzę jak ktoś zmienia temat
-Nie, poradzę sobie. - robiąc kanapki usłyszałam, że zamek w drzwiach został otworzony.
-Wiem, że miałem być o 13, ale jechałem tędy i pomyślałem, że może zabierzesz się ze mną. - krzyknął Liam idąc korytarzem - o tu jesteś! To twoja siostra?
-Nie. Chodź na górę wezmę jeszcze potrzebne rzeczy.
-Kim jest ta kobieta, skoro nie twoją siostrą?
-Niańką.
-Ile ty masz lat 2? Nie jesteś za stara na nianię? Nie lepiej kupić psa, albo zadzwonić po któregoś z nas? Szybciej cię upilnujemy niż ona.
-No co ty nie powiesz. - przewróciłam oczami
-Przepraszam, że przeszkadzam - zza drzwi wyłoniła się Miramia - ale czy wrócisz na obiad? - spojrzałam pytająco na Payna który przecząco pokiwał głową.
-Nie, dziękuję na kolację również nie.
-To co idziemy?
-Pod warunkiem, że powiesz mi dokąd zmierzamy.
-Ale to jest niespodzianka.
-Ostatnim razem jak rodzice dali mi prezent niespodziankę była nim spluwa. Więc mów.
-Masz pistolet?!
-Ta, w komodzie za tobą i uważaj bo nie zawaham się go użyć, jeśli mi nie powiesz gdzie jedziemy.
-No więc, czytałem wywiad z tobą i wiem że nigdy nie byłaś na London Eye.
-Powaliło cię?!
-Czemu? Każdy Brytyjczyk powinien tam być choć raz. - chłopak był kompletnie zdezorientowany
-Boję się wysokości. - szepnęłam
-Słucham?
-Boję się wysokości. - powiedziałem trochę głośniej
-Co ty tam gadasz pod nosem?
-Mam lęk wysokości! - krzyknęłam
-No weź, usiądziemy razem i ci się spodoba, a po wszystkim pójdziemy na najlepsze lody w mieście.
-Okej, ale chcę podwójne.
-Zgoda maleńka. - chłopak się zaśmiał. -Nigdy więcej tak nie mów! Czaisz bazę lalunia. - ja i Liam parsknęliśmy śmiechem. Po pół godzinnej jeździe dotarliśmy na miejsce. Gdy tylko spojrzałam na wysokość tego koła mój żołądek chciał zrobić mi rewolucję francuską. -Ja na to nie wejdę. -Teraz to już po ptokach, kupiłem bilety. -Liam ale ja się boję. -Przestań gadać chodź nasza kolej. -nie chciałam się ruszyć więc chłopak wziął mnie przez ramie i wszedł do "kabiny". Dopóki nas nie zamknęli trzymał mnie jak najmocniej potrafił, żebym mu nie uciekła. Byliśmy tam sami, co naprawdę rzadko się zdarza.
-I nie jest tak strasznie jak ci się wydawało?
-Gorzej, Liam tu jest strasznie.
-Pomyśl o czymś miłym.
-A jak to spadnie? Jak coś się zepsuje? To wszyscy umrzemy! - popadłam w panikę
-Spokojnie, będzie dobrze. - chłopak podszedł i mnie przytulił
-Zmieniłam zdanie zamiast 2 gałek, chcę trzy.
-Kupię ci nawet dziesięć. - przez całą drogę Liam mnie zagadywał dzięki czemu mój strach mnie nie przezwyciężył i nie zaczęłam panikować, ale mój żołądek nadal chciał się przekręcić.
Po piekielnych 30 minutach zeszliśmy na grunt, jakie to świetne uczucie. Powoli poszliśmy na lody. Ja zamówiłam różowe, a mój kompan zielone. Miał rację to były najlepsze lody jakie dotychczas miałam okazję jeść w Londynie. Jedząc, chodziliśmy, patrzyliśmy na turystów, kolejki, korki na drogach, ludzi którzy spiesznie gdzieś szli, zabieganych mecenasów, właścicieli firm, dzieci wracających do domów od kolegów. Najbardziej podobałam nam się sytuacja gdzie jakaś młoda dziewczyna szła i poganiała zapewne jej chłopaka który uginał się pod ciężarem jej toreb z zakupami.
-Ym, Ali musimy wracać.
-Dlaczego?
-Harry wysłał czerwony alarm. Szybko do samochodu. Sorki mała. - powiedział ciągnąc mnie za rękę.
-Jasne, taka praca. - jechał jak wariat, o ile lubię szybką jazdę to Liam zdecydowanie przesadził. Wsadził mnie pod domem i z piskiem opon ruszył dalej. Nie chciałam iść do domu, a zwłaszcza gdy siedziała tam Miramia. Napisałam do Cat czy nie ma ochoty wyjść tak za godzinę odpisała, że niestety nie ma czasu, cóż chyba jednak jestem zmuszona zostać w domu. Weszłam do środka i poszłam do kuchni.
-Cześć. - powiedziała Miramia - mówiłaś, że nie będzie cię na obiedzie
-Plany się zmieniły, ale nie gotuj dla mnie i tak nie jestem głodna.
-Nie masz nic przeciwko gdyby moja przyjaciółka wpadła?
-Nie. - odpowiedziałam krótko, obróciłam się na pięcie i poszłam do swojego pokoju. Po 3 godzinach siedzenia i oglądania seriali zgłodniałam. Zeszłam na dół do lodówki. W kuchni natknęłam się na Miramię i zapewne jej przyjaciółkę o której mi wspominała.
-Alison poznaj Crystal. - czy oni nie mają normalnych imion?
-Miło mi cię poznać. - dziewczyna wyciągnęła rękę którą uścisnęłam
-Również.
-Może się do nas przyłączysz?
-A nie tak sama na górze siedzisz. - dodała Miramia
Niechętnie spojrzałam na dziewczyny.
-O no daj spokój będzie fajnie. Pooglądamy filmy, zrobimy sobie babski wieczór. - zdecydowanie Amerykanie szybko się zadomawiają - poznamy się lepiej skoro teraz będziemy razem mieszkać
-Niech będzie. - szczerze nie chciałam siedzieć sama na górze, fajnie że teraz mogę się do kogoś odezwać.
Grałyśmy w scrabble, szarady, oglądałyśmy komedie przy czym dużo się śmiałyśmy i do tego jadłyśmy przepyszne jedzenie. Żyć nie umierać. Miramia wcale nie jest taka zła, Crystal zresztą też. Ale nadal mają dziwne i śmieszne imiona.

________________________________________________________
Tak prezentuje się kolejny rozdział. Mam nadzieję że się podoba :) Crazy :*

1 komentarz: